2 komentarze  Dodaj komentarz

Cmentarzyska samochodów, to nie tylko smutny koniec wspaniałych niegdyś aut, ale też często ślady ludzkich tragedii. Wiele pojazdów trafiło na te place po wypadkach na drodze, po śmierci ich kierowców i pasażerów. Nic dziwnego, że i na takich cmentarzach dzieją się czasem rzeczy niezwykłe. Oto jedna z takich tajemniczych historii, która przydarzyła się pewnemu studentowi uniwersytetu w Kijowie.

image001„Podczas studiów na Uniwersytecie Kijowskim trafiłem do pracy na stacji benzynowej. Chciałem sobie trochę dorobić do stypendium i chętnie skorzystałem z polecenia mojego kolegi. Za dwanaście godzin można było nieźle zarobić na napiwkach, plus oczywiście normalne wynagrodzenie. Ogólnie, można powiedzieć, opisał mi tę pracę mój koleżka, jak bajkę: siedzisz w służbowym pomieszczeniu, gdzie masz wszystko, czego ci potrzeba – kanapę, telewizor, mikrofalówkę, czajnik, lodówkę, a i zapasy jedzenia w lodówce szef swoim pracownikom stale uzupełnia. Oczywiście, byłem tym bardzo mile zaskoczony. Dlaczegóż by nie?! Kolega dał mi adres, ale nie chciał tam ze mną jechać, tłumaczył się złym samopoczuciem. Rzeczywiście, wyglądał na człowieka, którego – jak to mówią – śmierć wypuściła z rąk na pięć minut.

Wieczorem wybrałem się do pracy, wyspawszy się przedtem po zajęciach. Autobus do nowego miejsca pracy nie dojeżdżał, jako że na dalszym odcinku 300-400 metrów żadnych budynków i przystanków już nie było. Stały tylko pojedyncze suwnice na tle opuszczonych, zamkniętych magazynów. Nie powiem, żeby śmiercią wiało na kilometr, ale było jakoś tak dziwnie cicho… I kto tu będzie tankował paliwo? Ale wkrótce samochody zaczęły nadjeżdżać, dwa-trzy na godzinę. Tak, kiedy tylko podchodziłem do dystrybutora, mrocznym cieniem tuż za nim ukazywały się szeregi „martwych” samochodów, ogrodzone wysokim płotem z siatki. Prędko oswoiłem się z pracą, zapoznałem się z młodą dziewczyną-operatorem, która poradziła mi, żebym nie wychodził nocą bez potrzeby. Mój półżywy kolega nie przesadził z opisem pomieszczenia; wszystko było nawet lepsze, niż opowiadał. Aż chciało się człowiekowi pracować.

Zadowolony usiadłem na kanapie i włączyłem laptopa, który tutaj też był (podobnie, jak produkty w lodówce – bierz, co chcesz). Chciałem popytać jeszcze dziewczynę, która pracowała w sąsiednim pomieszczeniu za wzmocnionymi drzwiami, ale mi nie otworzyła, bo miała taki zakaz. Przyszło mi rozmawiać z nią przez szybę. Powiedziała mi jasno: korzystaj ze wszystkiego, co masz u siebie, tylko nikogo nie wpuszczaj i drzwi zamykaj. Zatankowałeś samochód, wziąłeś pieniądze – wracaj i zamykaj się od środka. W sumie, zbyt długo sobie z dziewczyną nie pogadałem. Zauważyłem tylko przez okno, że wyglądała na zmęczoną, podobnie jak mój kolega. Pomyślałem, że jeśli o nią chodzi, to zrozumiałe – pracuje po nocach, na dodatek w takiej głuszy, obok cmentarza samochodów. Dodam od razu, że cały mój dalszy kontakt z nią, to jedynie: „cześć!” i „do jutra!”.

Nastała noc mojej pierwszej zmiany, a na ulicy był chłodny grudzień, mało śniegu, za to wiatru pod dostatkiem. Klientów odprawiłem z dziesięciu. Niczego osobliwego w nich nie zauważyłem – ot, zwyczajni ludzie. Nudno się zrobiło, zachciało mi się pooddychać mroźnym powietrzem, nie jestem miłośnikiem siedzącego trybu życia. Opuściwszy moją przytulną norkę, skierowałem się na cmentarzysko. Początkowo było cicho, a potem widzę, jak ze strasznym skrzypieniem otwierają się drzwi samochodu i spadają na śpiącego psa, który przerażony rzucił się do drzwi szopy.

Drzwi otworzył stróż, który wpuścił psa do środka mówiąc coś w tym sensie: „Dlaczego od razu nie przyszłaś? Wiesz przecież, gdzie pracujemy. Nas tu pilnują, a nie my”. Po tych dziwnych słowach wyszedł z szopy chudy mężczyzna w porwanej kurtce, bez czapki i w butach, które pamiętały pewnie jeszcze rewolucję październikową. Przywitaliśmy się. On nazwał mnie „nowym” i zaprosił popatrzeć na samochody. Nie odmówiłem, mnie samemu niektóre z nich się podobały, a część z nich uchodziła za prawdziwe rarytasy. Zaczęliśmy chodzić, oglądać, a stróż opowiadał o nich. Pytam:

A często ktoś ginie w takim samochodzie na śmierć?” On na to: „Jakby tu powiedzieć. Ot, wczoraj audi-czwórkę piękną przywieźli, bez przodu, z mózgiem w środku. Popatrz. Na dniach z kolei wołgę 21 ściągnęli, której kierowca w kamaza wleciał. W wołdze tylko przód pobity, a w kamazie dwoje zginęło”. „A kierowca wołgi?” „Tylko zadrapania. Kamaz tam, w drugim rzędzie stoi (i pokazuje palcem na ciemny, nieoświetlony fragment cmentarzyska). Tylko ty nie chodź czasem do tego kamaza. Nie można”. Ja na to: „Co tam, nieboszczyków jeszcze nie pozbierali, czy co?” „No, tak (zaśmiał się przy tym). Chodzą tam oni, szukają winowajcy swojej śmierci” „Co takiego?!” „Uspokój się, nic takiego. Ważne, że nikogo nie ruszają”. „Nie, ja nie wierzę”. „No to idź, sam po patrz. Tylko nie za długo, bo nie wrócisz”.

Młody byłem, silny. Postanowiłem udowodnić staremu, że się nie boję. I idę tak na koniec cmentarzyska, a światła coraz mniej dochodzi od stróżówki. Zawróciłem i widzę światło latarni i stróża z papierosem. Obejrzałem się za siebie i patrzę, a tu dwóch mężczyzn za mną stoi. Nie przestraszyłem się. Myślę – niech spróbują; od dziecka trenuję sporty walki, a i na ulicy nie raz sobie poradziłem. Obracam się do nich i mówię: „No, chodźcie, po kolei!” Nagle jeden zaczyna zbliżać się do mnie, a światło coraz bardziej oświetla mu głowę, pozbawioną połowy twarzy, a może i więcej. Jakby pół głowy mu urwało. Zamarłem w bezruchu, słowa nie mogę wyksztusić. A tu podchodzi drugi mężczyzna, na którego patrzę i nawet nie mrugnę, sparaliżowało mnie zupełnie ze strachu, stoję i czekam… sam nie wiem, na co. Twarz drugiego była bez oczu, cała zakrwawiona.

wolgaUsłyszałem nagle hałas i tupot z tyłu. Podbiegł stróż z ogromną latarką i wszystko się skończyło. Co było dalej – nie pamiętam. Po paru minutach (jak mi powiedział stróż) ocknąłem się i potem obaj nieźle się napiliśmy. Powiedział mi, że chyba mam coś z głową nie w porządku, bo on nie sądził, że ja sam pójdę na koniec placu i zaraz poszedł za mną z latarką.

Po tym wydarzeniu przez parę dni nie zachodziłem na plac do stróża i on przychodził do mnie pogadać. Ale potem znowu zacząłem odwiedzać cmentarzysko, ale już tylko w towarzystwie stróża. Razem nie raz widzieliśmy, jak ktoś otwiera i zamyka na głucho zamknięte drzwi samochodu. Był też przypadek z audi A4. Ale co najciekawsze, w każdą noc ktoś rysował lakier na tej wołdze 21. Po spotkaniu z tamtymi dwoma duchami ofiar wypadku, widziałem nie raz postacie błądzące po cmentarzysku i nawet próbowałem podejść do nich z latarką. Ale światło ich płoszyło. Kiedy poprosiłem stróża, żeby pozwolił mi obejrzeć zapis z monitoringu mojego spotkania z dwoma mężczyznami, powiedział mi, że przyjechali jacyś ludzie i zabrali te materiały. Znaczy się, że ktoś wie o zjawach na cmentarzu samochodów i chowa nagrania wideo z nimi. A moja odwaga i brawura o mało nie doprowadziły mnie do śmierci.”

No votes yet.
Please wait...