8 odpowiedzi do tematu  Dodaj komentarz

Dlaczego ekspedycje na biegun południowy ginęły w tajemniczych okolicznościach?

Plazmozaury Antarktyda

Foto: zone-nieuwpoort.be

Wydarzenie, które miało miejsce w lutym 2012 roku, można porównać pod względem znaczenia do pierwszego lotu człowieka w kosmos. Rosyjscy badacze Antarktydy po ponad dwudziestu latach pracy przewiercili się przez prawie czterokilometrową warstwę lodu i sięgnęli do powierzchni jeziora Wostok. Uczeni spodziewają się, że w jeziorze, które przez miliony lat nie miało kontaktu z otaczającym światem zewnętrznym, można będzie znaleźć rozwiązanie wielu zagadek lodowego kontynentu.

O jednej z takich zagadek opowiedział światu radziecki polarnik Jurij Korszunow. Przeżył on cudem na Antarktydzie podczas dramatycznej wyprawy na biegun południowy pod koniec lat 50. Z sześciu polarników, którzy wyruszyli na biegun ze stacji „Mirnyj”, z powrotem wróciło tylko dwóch. Według wersji oficjalnej, ludzie zginęli z powodu gwałtownej burzy i mrozu.

Kule – zabójcy

Jurij Jefremowicz zdecydował się jednak w końcu opowiedzieć, co w rzeczywistości przytrafiło się uczestnikom tamtej ekspedycji. Oto jego relacja:

Był polarny dzień i prawie przez cały czas naszej podroży panowała przepiękna pogoda. Termometr wskazywał zaledwie -30°C, wiatru nie było – rzadkość na Antarktydzie. Przebyliśmy trasę w ciągu trzech tygodni, nie tracąc ani minuty na naprawy maszyny. Ogólnie wszystko szło bardzo dobrze…

Plazmozaury

Foto: Torir djarvfalk

Nieprzyjemności zaczęły się dopiero, gdy rozbiliśmy obóz w punkcie naszego celu, czyli na południowym biegunie magnetycznym. Wszyscy byli wyczerpani, dlatego wcześnie położyliśmy się spać, ale nikt jakoś nie mógł zasnąć. Odczuwając nieokreślony niepokój, wstałem i wyszedłem z namiotu.

W odległości około 300 m od naszego pojazdu zobaczyłem dziwną, świecącą kulę. Podskakiwała, niczym piłka futbolowa, tylko że była ze sto razy od niej większa. Krzyknąłem i wszyscy wybiegli na zewnątrz. Kula przestała skakać i powoli potoczyła się w naszym kierunku, w ruchu przekształcając się w coś, co przypominało kiełbasę.

Zmienił się też jej kolor – stał się ciemniejszy, a w przedniej części „kiełbasy” pojawił się otwór podobny do paszczy, ale bez oczu. Śnieg pod „kiełbasą” skwierczał, jakby była rozżarzona. Paszcza poruszała się i wydawało mi się, że coś mówi…

Fotograf ekspedycji Sasza Gorodecki poszedł do przodu ze swoją kamerą, chociaż kierownik grupy wołał, aby ten pozostał na miejscu. Sasza szedł jednak dalej pstrykając zdjęcia. A ta sztuka… Błyskawicznie zmieniła kształt – wyciągnęła się w wąską taśmę i wokół Saszy powstała aureola, niczym na głowie świętego. Pamiętam, jak on krzyknął i upuścił aparat…

W tym momencie rozległy się dwa wystrzały – strzelali Andriej Skobielew i nasz lekarz Roma Kustow. Wydawało mi się, że strzelali bombami, taki był huk. Świecąca taśma jakby spuchła, na wszystkie strony poleciały iskry i jakby krótkie błyskawice.

Rzuciłem się do Saszy. Leżał twarzą do dołu, był martwy. Tył głowy, dłonie i – jak się później okazało – całe plecy, były dosłownie zwęglone, a z polarnego kombinezonu pozostały łachmany.

Próbowaliśmy nawiązać łączność radiową z naszą stacją „Mirnyj”, ale nic z tego nie wyszło. Nigdy nie spotkałem tak gwałtownej burzy magnetycznej. Trwała trzy doby, które spędziliśmy na biegunie. Aparat fotograficzny był zniszczony, jakby piorun go trafił. Lód i śnieg, tam gdzie przesunęła się „taśma”, wytopił się, tworząc koleinę o głębokości pół metra i szerokości do dwóch metrów. Saszę pochowaliśmy obok miejsca postoju.

Następnego dnia kula pojawiła się znowu. Szybowała nad mogiłą naszego kolegi. Kustow i Borysow zaczęli strzelać do niej z karabinów. Nagle, wprost z powietrza zmaterializowała się jeszcze jedna kula. Historia powtórzyła się. Nad głowami mężczyzn pojawiły się błyski, rozległ się hałas i obaj padli martwi na ziemię.

Kule zniknęły, a w powietrzu pozostał zapach ozonu, jak po silnej burzy. Skobielew, który robił zdjęcia, leżał kilka metrów od nich. Żył, ale całkiem oślepł i na dodatek absolutnie przestał być sobą; zachowywał się jak małe dziecko, nic nie jadł, pił tylko wodę i wkrótce zmarł.

Po powrocie do bazy, postanowiliśmy wszystko opowiedzieć kierownictwu. Ku mojemu zdziwieniu, w „Mirnym” wysłuchali nas uważnie i uwierzyli. Nikt nie próbował zakwestionować prawdziwości naszych słów. Ale nowej ekspedycji na biegun już nie wysłano.

Nie tylko Rosjanie

Kolejna grupa badaczy wyruszyła na biegun południowy z amerykańskiej bazy w 1962 r. Amerykanie wzięli pod uwagę smutne doświadczenia radzieckich kolegów – zabrali najlepsze wyposażenie, 17 osób poruszało się trzema pojazdami, zapewniono im stałą łączność radiową.

W tej wyprawie nikt wprawdzie nie zginał, ale jej uczestnicy wrócili po trzech tygodniach tylko jednym pojazdem, w stanie pełnego otępienia. Do tej pory nie wiele wiadomo, co tam zaszło. Ewakuowano ich pilnie do USA i odesłano na rehabilitację do kliniki psychiatrycznej. Sprawę utajniono. Można przypuszczać, że amerykańskim polarnikom też przytrafiło się spotkanie z kulami-zabójcami.Robert Scott

Drugim człowiekiem, który dotarł do bieguna południowego był angielski badacz Robert Scott w 1912 r. Na drodze do bieguna jego ekspedycja straciła jednego tylko człowieka. Postawiwszy flagę podróżnicy wyruszyli zaraz w powrotną drogę i … zaginęli. Według oficjalnej wersji, Scott i jego towarzysze zboczyli z drogi, skończyły im się zapasy żywności i zamarzli. Istnieją jednak podejrzenia, że mimo burz i niepogody polarnicy stykali się z jakimiś niewyjaśnionymi anomaliami i w rezultacie ginęli jeden po drugim.

Co to było?

Zjawiska, którego świadkami byli polarnicy, nie udało się wyjaśnić do tej pory. W 1956 r. badacze nadali kulom-mordercom nazwę „plazmozaury”. Amerykański fizyk Roy Christopher wyraził opinię, że antarktyczne potwory, to swego rodzaju żywe istoty, klastery (zgęstki) plazmy.

Według hipotezy Christophera, plazmozaury przebywają na wysokości 400-800 km nad powierzchnią Ziemi. Istnieją tam w rozrzedzonym stanie i pozostają niewidoczne. W rejonie bieguna południowego plazmozaury mogą przybliżać się do powierzchni. Wpadając w gęste środowisko same stają się na tyle gęste, że można je obserwować.

Plazmozaury, według amerykańskiego badacza, mogą wywoływać u ludzi halucynacje i razić ich elektrycznymi wyładowaniami. Christopher zakwalifikował je do kategorii żywych istot, które powstały w naturze jeszcze przed pojawieniem się na Ziemi form życia organicznego.

Być może z czasem to zagadkowe zjawisko przestanie być dla nas tajemnicą. Kto wie, może ostatnie sukcesy rosyjskich badaczy na Antarktydzie pozwolą rozwiązać również zagadkę plazmozaurów.

Rating: 4.7. From 3 votes.
Show votes.
Please wait…